Jesteśmy w trakcie wielkiej przeprowadzki z Guam z powrotem do Kalifornii, a sytuacja jest bardzo niestabilna. Pożegnania ze wszystkimi, pakowanie i wysyłka rzeczy, brak domu, podróżowanie z dziećmi na kilku długich lotach, przewożenie starych rzeczy z magazynu samochodem U-Haul, odnajdywanie się w nowym mieście.
Życie jest teraz burzliwe – choć gdy się nad tym zastanowić, niemal zawsze takie jest.
Nie jestem surferem, ale wyobrażam sobie, że mogę pozwolić sobie być przytłoczonym i zgniecionym przez tę burzliwość… lub mogę jeździć na niej jak surfer na fali. Nie kontrolujesz fali ani nie wiesz, jak to się skończy, musisz po prostu nawigować nią z chwili na chwilę.
Jeśli możemy nauczyć się jazdy na fali niepewności naszego życia, pozostając otwartymi na to, co się wydarza, możemy żyć bez tak dużego stresu i niepokoju, i po prostu być obecnymi w tym, co się dzieje. Może nawet cieszyć się tym wszystkim.
Jak by to było?
Dla mnie wydaje się to polegać na pozostawaniu w zgodzie z uczuciami niepewności, które się pojawiają, zamiast próbować je ignorować lub od nich uciekać. To oznacza pozwolenie sobie na odczuwanie burzliwości, a nie ciągłe rozpraszanie się.
Wydaje się to być próbą bycia ciekawym tego, co się rozwija, co dzieje się w danym momencie, bez potrzeby wiedzy, co dokładnie wydarzy się później. Bez potrzeby, by wszystko było w określony sposób. A jeśli spodziewam się, że będzie tak, a nie inaczej, pozostawanie obecnym z moimi uczuciami frustracji lub stresu, gdy okazuje się, że jest inaczej.
Wydaje się to być również kwestią rezygnacji, gdy rozluźniam moją ciągłą potrzebę kontroli. Nie mam wszystkiego, czego potrzebuję, by idealnie zaplanować swoje życie – jest tyle niepewności wokół wszystkiego, że nie mogę wiedzieć, jak rzeczy powinny się potoczyć, co dokładnie powinienem zrobić, co będzie następne. Czy więc powinienem próbować planować każdy możliwy wynik, być niesamowicie przygotowanym na każdy możliwy scenariusz, kiedy nie mogę wiedzieć, co się wydarzy? Czy mogę się zrelaksować i poddać, ufając, że poradzę sobie z tym, co się pojawi. Jak dotąd, zawsze tak było.
Wydaje się to również polegać na radzeniu sobie z tym, co jest bezpośrednio przede mną, w tym momencie. Nie mogę stawić czoła każdemu możliwemu scenariuszowi, który może się wydarzyć w przyszłości, ale mogę być całkowicie otwarty na to, co dzieje się teraz. Mogę być jak najbardziej obecny w tej sytuacji i zorientować się, co należy zrobić teraz.
Wydaje się to również polegać na uczeniu się kochania tego momentu, takim jaki jest, jak się rozwija. Nie wiem, co będzie dalej, ale to, co dzieje się teraz, jest całkowicie nowe, jest pięknym zaskoczeniem. Zamiast martwić się tak bardzo o to, co jeszcze nadejdzie, mogę otworzyć oczy na to, co jest tuż tutaj.
A potem zakochać się w tym.
Wchodzenie w nieznane może być straszne… ale jednocześnie może być czasem odkrywania miłości do nowego doświadczenia. Może to być czas wejścia w czystą radość z cudu życia, który właśnie wyłania się w tym momencie.
Jest to zapierające dech w piersiach i piękne.