ProsteNawyki

Proste sposoby na poprawę jakości życia

Poczuj Strach i Zrób To Mimo Wszystko (czyli o prywatyzacji języka angielskiego)

Dzisiaj otrzymałem e-mail od prawników autorki Susan Jeffers, PhD, informujący mnie, że naruszyłem jej znak towarowy, nieumyślnie używając zwrotu „poczuj strach i zrób to mimo wszystko” w moim poście z zeszłego tygodnia, A Guide to Beating the Fears That Hold You Back.

Zdanie to, najwyraźniej, jest tytułem jednej z jej książek… książki, o której nigdy nie słyszałem. Nie odnosiłem się do jej książki. Nie używam tego zwrotu jako tytułu książki czy produktu ani do sprzedaży czegokolwiek. Po prostu odwoływałem się do czegoś, co powiedział znajomy na Twitterze.

Jej prawnicy poprosili mnie o umieszczenie symbolu (R) po zwrocie w moim poście oraz dodanie zdania: „To jest zarejestrowany znak towarowy Susan Jeffers, Ph.D. i jest używany za jej zgodą.”

Tak. Nie zamierzam tego zrobić.

Uważam za niewiarygodne, że pospolite wyrażenie (które było używane znacznie wcześniej, zanim stało się tytułem jakiejś książki) może być zarejestrowane jako znak towarowy. Nie mówimy o nazwach produktów… mówimy o języku angielskim. O słowach, których wielu z nas używa do takich rzeczy jak… mówienie, pisanie i ogólna komunikacja. Może jestem trochę nie na czasie, ale czy naprawdę można rościć sobie prawo do całych fragmentów języka i zmuszać ludzi do uzyskiwania zgody na użycie języka w zwykłej mowie?

A co by było, gdyby to posunięto do skrajności? Co by było, gdyby jakiś miliarder (powiedzmy, Bill Gates) zdecydował się zastrzec sobie tysiące fraz, aby mógł pobierać opłaty za ich użycie albo abyśmy musieli odsyłać do strony głównej Microsoft przy każdym odniesieniu? Język, w takim scenariuszu, mógłby być całkowicie sprywatyzowany, jeśli pozwolimy na tego rodzaju działania.

Więc, choć ten post prawdopodobnie nie jest najlepszym pomysłem (i tak, zdaję sobie sprawę, że faktycznie zapewniam pani Jeffers publiczność), muszę zaprotestować. Uważam, że mamy obowiązek jako pisarze, blogerzy oraz użytkownicy języka angielskiego bronić naszych praw do… słów. Wolność słowa to dość istotna koncepcja, jak sądzę.

Na marginesie, myślę, że koncepcja zazdrośnego chronienia praw autorskich i znaków towarowych w tej cyfrowej erze jest przestarzała i ignorancka. Chcesz, aby twoje idee się rozprzestrzeniały, i powinieneś zachęcać ludzi do rozpowszechniania twoich idei, a nie tworzyć wszelkiego rodzaju bariery, ograniczenia i przeszkody. Ten blog, na przykład, jest Blogowanie Open Source: Możesz śmiało korzystać z mojej zawartości i zawsze będzie darmowy, ponieważ chcę, żeby ludzie dzielili się moimi postami i pomysłami. Myślę, że jest to dla mnie jako pisarza korzystne, a (nie bez znaczenia) lepsze dla społeczności pisarskiej w ogóle, jeśli możemy się swobodnie dzielić pracą innych. Mam nadzieję, że dzięki takim postom jak ten i dobrej pracy tysięcy innych podobnie myślących ludzi, przestarzałe podejście barykadowania idei i języka powoli się zmieni.

Więc nie, nie dodam symbolu zarejestrowanego znaku towarowego do poprzedniego posta. I nie, nie dodam frazy prawniczej do posta. I nie, nawet nie przypiszę zwrotu ani nie odniosę się do jej książki, bo nie odnosiłem się do książki. I nie, nie usunę tego zwrotu.

Wolałbym zostać pozwany.

A, i nie zamierzam zmieniać tytułu tego posta również. Będziecie musieli usunąć go z mojego zimnego, martwego iMaca.