Zauważyłem, że znaczną część życia spędzamy, lokując naszą tożsamość w naszych ciałach. Kiedy jesteśmy dumni z naszego ciała, czujemy się dobrze ze sobą… jednak znacznie częściej mamy poczucie, że coś jest z nami nie tak, ponieważ nasze ciało nie spełnia jakiegoś ideału. Ten temat był już wielokrotnie poruszany, więc nie będę się w niego zbytnio zagłębiał.
Swoją drogą, sam również to robię, więc nie jestem wyjątkiem – gdy podoba mi się jakaś część mojego ciała, czuję się dobrze ze sobą, ale częściej dostrzegam „wady” i czuję się źle.
Zaskakuje mnie, że jest to bardzo podobne do utożsamiania się z kubkiem, z którego pijemy kawę. To uzależnianie naszej wartości od narzędzia doświadczenia.
Nasze ciała są wehikułem życia. Nie mają żadnego związku z naszą wartością czy dobrocią jako osoby.
Dobrą analogią jest prowadzenie samochodu – możemy spędzać mnóstwo czasu na polerowaniu go, oklejaniu naklejkami, malowaniu, modyfikowaniu, dążąc do perfekcji. I to jest w porządku, nawet przyjemne. Ale przecież… to tylko pojazd, który ma nas gdzieś zawieźć, narzędzie do doświadczania podróży. Sam samochód nie jest podróżą.
Nasze ciało nie jest ani nami, ani doświadczeniem. Jest częścią doświadczenia, ale skupianie się na nim to jak koncentrowanie się na samochodzie zamiast na krajobrazie, który mijamy, piosence, która gra, czy słońcu, które nas ogrzewa.
Co by było, gdybyśmy myśleli o ciele nie jak o tym, kim jesteśmy, ani nie jak o wyznaczniku naszej wartości czy tożsamości… ale po prostu jak o naczyniu do życia? Naczyniu dla doświadczenia?
Mogłoby to złagodzić nasze zamartwianie się wyglądem, a jednocześnie zmotywować nas do dbania o to naczynie i wzmacniania go, by było wystarczająco sprawne do czerpania radości z podróży życia, zamiast pozwalać mu się psuć.